Czasem słońce, czasem… dżdżu wodnisty maczek.
Dla większości z nas kłótnia, to negatywne zjawisko. Krzyk, nerwy, latające talerze i przerażenie w oczach obserwującego nas psa. Za wszelką cenę, każda ze stron chce udowodnić, że jego prawda jest właściwa. Kiedy któraś z nich, tragizujących stron, zda sobie sprawę, że nie ma racji i tak brnie dalej, bo przecież nie może się poddać. Złożenie broni w szczytowym momencie kłótni da satysfakcję „przeciwnikowi” i padniemy na deski. Dlatego dalej leje się emocjonalna krew, powodując utratę sensu. Pojawiają się nagle nowe wątki i powody, by kłótnia nabrała jeszcze bardziej krwistego tonu. Kiedy zabraknie już argumentów i sił psychicznych jak i fizycznych, nadchodzi czas na ucieczkę. Na dramatyczne i ostentacyjne wyjście, które zrobiłoby ogromne wrażenie na widzach w teatrze. Po zamknięciu drzwi, nic już nie jest takie same. Drzwi symbolizują koniec kłotni i początek wielkiej ciszy. Cisza ta może trwać kilka dni, tygodni lub nawet miesięcy. Znowu zatem rozpoczyna się walka. Tym razem ma ona charakter pozawerbalny-kto wytrzyma dłużej w milczeniu. Po tzw. cichych dniach, godzimy się, albo stwierdzamy, że stoczony bój spowodował nieodwracalne skutki. Tak właśnie wygląda większość awantur. Dotyczy ona par, przyjaciół, matek… Jest to pewien schemat, który bardzo często jest najtrafniejszą definicją kłótni. To, że jestem dziwną, specyficzną, roztrzepaną, introwertyczną neurotyczną może być powodem, że ta definicja jest tylko obserwacją, która dotyczy mnie w baaaardzo małym stopniu. Mianowicie, pies ma ubaw, traci orientację, gdyż ma wątpliwości, czy aby na pewno nie krzyczę na niego. Talerze nie latają, bo do cholery! Ikea jest za daleko! Nerwy i wypukłe żyły na szyi, oczywiście są, bo kiedy mi na kimś zależy, to dzieje się tak niezależnie ode mnie. Przez te silne emocje, potok łez zalewa mi oczy. Uważam, że jest to żałosne i babskie, ale także oczyszczające i pomocne w rozładowaniu emocji. Płacz jest bardzo ważnym elementem w moim życiu. Dzięki niemu nie zabiłam ukochanych i bliskich mi osób. Paradoks? Cała jestem z paradoksów. Łzawa mgła i zaciśnięte od płaczu gardło powoduje, że przez kilka minut nie mogę wydusić z siebie słowa. W tym czasie dostrzegam rację drugiej strony. I kiedy nadchodzi czas na teatralne trzaśnięcie drzwiami, ja zbieram siły, by podnieść się z podłogi, z samego dna, by otworzyć te drzwi. Kiedy je otwieram, czuję, jakbym pchała ogromny głaz, za którym kryje się wymarzony skarb. Wiedząc o tym, jak ważny i szlachetny on jest, potrafię przyznać się do błędu i słowo „przepraszam” nie jest trudne do wypowiedzenia. Mając ten skarb w ramionach, czuję, że wysiłek jaki włożyłam w przesunięcie głazu, było doskonałą decyzją. Godząc się. przytulając i patrząc na skarb, zastanawiam się, czy nie jestem materialistką, ponieważ nie mogę sobie wyobrazić już życia bez tego błyszczącego cacka.
Dla większości z nas kłótnia, to negatywne zjawisko. Krzyk, nerwy, latające talerze i przerażenie w oczach obserwującego nas psa. Za wszelką cenę, każda ze stron chce udowodnić, że jego prawda jest właściwa. Kiedy któraś z nich, tragizujących stron, zda sobie sprawę, że nie ma racji i tak brnie dalej, bo przecież nie może się poddać. Złożenie broni w szczytowym momencie kłótni da satysfakcję „przeciwnikowi” i padniemy na deski. Dlatego dalej leje się emocjonalna krew, powodując utratę sensu. Pojawiają się nagle nowe wątki i powody, by kłótnia nabrała jeszcze bardziej krwistego tonu. Kiedy zabraknie już argumentów i sił psychicznych jak i fizycznych, nadchodzi czas na ucieczkę. Na dramatyczne i ostentacyjne wyjście, które zrobiłoby ogromne wrażenie na widzach w teatrze. Po zamknięciu drzwi, nic już nie jest takie same. Drzwi symbolizują koniec kłotni i początek wielkiej ciszy. Cisza ta może trwać kilka dni, tygodni lub nawet miesięcy. Znowu zatem rozpoczyna się walka. Tym razem ma ona charakter pozawerbalny-kto wytrzyma dłużej w milczeniu. Po tzw. cichych dniach, godzimy się, albo stwierdzamy, że stoczony bój spowodował nieodwracalne skutki. Tak właśnie wygląda większość awantur. Dotyczy ona par, przyjaciół, matek… Jest to pewien schemat, który bardzo często jest najtrafniejszą definicją kłótni. To, że jestem dziwną, specyficzną, roztrzepaną, introwertyczną neurotyczną może być powodem, że ta definicja jest tylko obserwacją, która dotyczy mnie w baaaardzo małym stopniu. Mianowicie, pies ma ubaw, traci orientację, gdyż ma wątpliwości, czy aby na pewno nie krzyczę na niego. Talerze nie latają, bo do cholery! Ikea jest za daleko! Nerwy i wypukłe żyły na szyi, oczywiście są, bo kiedy mi na kimś zależy, to dzieje się tak niezależnie ode mnie. Przez te silne emocje, potok łez zalewa mi oczy. Uważam, że jest to żałosne i babskie, ale także oczyszczające i pomocne w rozładowaniu emocji. Płacz jest bardzo ważnym elementem w moim życiu. Dzięki niemu nie zabiłam ukochanych i bliskich mi osób. Paradoks? Cała jestem z paradoksów. Łzawa mgła i zaciśnięte od płaczu gardło powoduje, że przez kilka minut nie mogę wydusić z siebie słowa. W tym czasie dostrzegam rację drugiej strony. I kiedy nadchodzi czas na teatralne trzaśnięcie drzwiami, ja zbieram siły, by podnieść się z podłogi, z samego dna, by otworzyć te drzwi. Kiedy je otwieram, czuję, jakbym pchała ogromny głaz, za którym kryje się wymarzony skarb. Wiedząc o tym, jak ważny i szlachetny on jest, potrafię przyznać się do błędu i słowo „przepraszam” nie jest trudne do wypowiedzenia. Mając ten skarb w ramionach, czuję, że wysiłek jaki włożyłam w przesunięcie głazu, było doskonałą decyzją. Godząc się. przytulając i patrząc na skarb, zastanawiam się, czy nie jestem materialistką, ponieważ nie mogę sobie wyobrazić już życia bez tego błyszczącego cacka.
